RECENZJE / POSTY

*Tekst o moich plakatach i współpracy z Performerią Warszawy | autor: Paweł Orzeł

Joanna Koziej – Performeria Warszawy





Choć nigdy specjalnie nie interesowałem się kwestią plakatów, mogę chyba pozwolić sobie na truizm, że są one immanentną część miasta. Pojawiają się, znikają, a ściślej – zostają zastąpione przez inne. Niekiedy również są, mniej lub bardziej pomysłowo, upiększane, podobnie jak same mury – niszczone przez czynniki naturalne albo te niezbyt naturalne. Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że dla przestrzeni miejskiej informacyjna funkcja plakatu zrównała się lub nawet została zdominowana przez estetyczną. I mając na uwadze ten ciągły proces, stosowne byłoby powtórzenie chociażby za Balzakiem, jednym z „mędrców miejskich” – Nic nie umiera, wszystko się przekształca.
Właśnie między innymi do tego problemu wydaje się nawiązywać Joanna Koziej w cyklu plakatów „Performeria Warszawy”. Sama artystka tak mówi o sferze wizualnej swoich prac:


Dlaczego zniszczone ściany i stare mury? W warstwie czysto estetycznej stanowią dla mnie zdecydowanie ciekawszy obiekt niż sterylnie odmalowane powierzchnie. Bogactwo faktur i kolorów – łuszcząca się farba, kolaż niedokładnie zdartych plakatów, ślady flamastrów, fragmenty graffiti – to wszystko przypomina abstrakcyjny, dynamiczny obraz. Fotografowanie ich jest dla mnie porównywalne z portretowaniem starszych osób. Wszystkie skazy, zmarszczki, nierówności, plamy, krzywizny, smugi, opowiadają jakąś historię. Bruzdy i blizny intrygują, ponieważ są sumą doświadczeń, śladem jakiegoś wydarzenia lub działania. Zapomniane i zaniedbane – ale żywe.


Plakaty Joanny Koziej nie są więc plakatami w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, nie mogłyby do końca istnieć w przestrzeni miejskiej na tych samych zasadach co te „zwyczajne”. Uzasadnienie tego wyboru kryje się w pewnej mierze w części informacyjnej – są one poświęcone konkretnym akcjom grupy performerów, artystów i aktywistów nazwanej właśnie Performeria Warszawy. Warto przytoczyć, co o swojej działalności mówi grupa:


Naszym głównym celem jest twórcze ożywianie przestrzeni miejskiej, wykorzystując do tego techniki performatywne. W tym celu prowadzimy autorskie poszukiwania teatralne, w których poruszamy się swobodnie między ulicznym performance, happeningiem oraz wszelkiego rodzaju akcjonizmem. (…) Istotna jest dla nas idea stwarzającego się wtedy Spotkania, które wyciąga ze stagnacji i ustanawia przestrzeń do wymiany poglądów, myśli, idei, marzeń. Chcemy kreatywnie prowokować do wspólnego dialogu.




Związek jednak między działalnością Performerii Warszawy a pracami Joanny Koziej nie musi być wcale oczywisty. Plakaty są poświęcone danym akcjom, a nie zapowiadają je – są w stosunku do nich wtórne (nie jest to czymś niespotykanym). Trudno również stwierdzić, na ile im odpowiadają, ich treści czy charakterowi. By móc dokonać takiej oceny należałoby znać dane akcje. Ale z pewnością istnieje czytelny i bezpośredni związek między tytułem performansu a treścią plakatu oraz treścią wypisaną na plakacie. Hasła takie jak „Medytacja Miejska” czy „Uwolnić Puchatka” tworzą wiele możliwości, które Koziej błyskotliwie i z poczuciem humoru obrazuje.
Jednak styl „muru miejskiego”, który artystka sobie narzuciła, wydaje się być bronią obusieczną, mieć swoje pozytywne oraz negatywne strony, choć nie do końca da się je bezwzględnie przypisać. Na potrzeby grupy Performeria Warszawy ta estetyka jest jedną z możliwych, z powodu programowej „miejskości”, ale najprawdopodobniej nie jedyną. Hasła-tytuły pojawiające się na plakatach równie dobrze egzystować mogą jako samodzielna forma tekstu, która nie jest rzadka miejskim murom. W końcu nie są na nich wyłącznie wypisywane obelgi wobec policji, jakiejś drużyny piłkarskiej lub konkretnych osób. Z kolei obecne i porozrzucane na plakacie nazwiska twórców nie wydają się wystarczająco mocnym odwołaniem do samej akcji. Nie są one zauważalne od razu, wręcz giną przy próbie objęcia całości spojrzeniem. Mogą kojarzyć się z podpisami osób uczestniczących przy powstawaniu danego fragmentu muru lub, mimo nazwisk, przywoływać bliżej nieokreślonych, anonimowych mieszkańców miasta.
Nie byłoby więc kłamstwem stwierdzenie, że Joanna Koziej, nie odbierając jej nic z dobrych chęci (w końcu sama określa swoje prace jako „grafika promująca grupę”), przywłaszczyła sobie nazwy akcji i wykorzystała jako punkt wyjścia dla obrazów tworzonych w estetyce, która w danym momencie ją interesowała i z którą chciała się zmierzyć.




Osobnym, ale równie ważnym lub nawet ważniejszym problemem związanym z cyklem „Performeria Warszawy” jest miejsce wystawienia.
Pierwotnie prace te wywieszone były na pozór chaotycznie w sali warszawskiej ASP, sali siłą rzeczy tchnącej duchem akademizmu. Po otrzymaniu za ich sprawą dyplomu, Joanna Koziej przeniosła je do miejsca właśnie bardziej żywego i z pozoru bardziej adekwatnego, które można by podejrzewać o pewien rodzaj myślowej bliskości – do squatu („Przychodnia” przy ul. Skorupki 6). Jednak w tym akcie przemieszczania musiało nastąpić jakieś przewartościowanie samych prac.
Squat w swojej definicji jest miejscem spotkań, miejscem otwartym na różne pomysły ludzi chcących go tworzyć – swoista przestrzeń wspólnej kreacji. Do pewnego stopnia dzieje się tak samo z samymi murami miejskimi, mimo często braku akceptacji większość społeczeństwa. Być może z tego punktu widzenia pewnym niedościgłym ideałem jest postrzeganie miasta jako Biblioteki, w której wszystkie książki stopiły się w jedność, a tytuły pozacierały się (jak chciał doktor Pierre Marbille, którego wypowiedź odnaleźć można w notatkach Waltera Benjamina). Jednak dopiero w bezpośrednim zestawieniu z takim miejscem, mając świadomość jego prezencji z zewnątrz i w środku, okazuje się jak bardzo intensywne lub (z braku lepszego wyrazu) spersonalizowane są prace Joanny Koziej, czyli wykazują tę cechę, którą zdawać by się mogło chciała artystka zatrzeć. Samoistna wypowiedź miasta, objaw jego życia za sprawą ludzi, ich konkretnej działalności, staje się wypowiedzią o postrzeganiu miasta w oczach jednej osoby.
Wrażenie tej intensyfikacji i może pewnej nieprzystawalności podkreślone zostaje również przez formę w jakiej wystawa została zorganizowana. Pojedyncze prace porozwieszano w różnych pomieszczeniach squatu, a prowadzą do nich umieszczone na ziemi żółte linie.
Duch ulicy wprowadzony pierwotnie do sali akademickiej, tworząc już nie tak szokujący jak niegdyś mezalians, przeobraził się w swoistą formę ducha muzeum w przestrzeni squatu (jako pewnej „skrajnej” części miasta). Naklejone na ziemi linie narzucają pewną narrację, poniekąd krępują ruch, ale dla osoby nie znającej rozkładu pomieszczeń są uniwersalnym i pomocnym elementem codzienności. Prowadzą one przez ciemne korytarze prosto do prac artystki. Nie jest to jednak muzeum (mimo pomieszczeń w stylu no trespassing) stworzone w ten sposób, by na gładkiej ścianie w jak najlepiej zaprezentować dzieła sztuki. I tak prace zostały odpowiednio wyeksponowane. Przestrzeń squatu sama w sobie również okazała się ciekawa, nawet konkurencyjna dla plakatów. Odrapane ściany, przypadkowe, stare przedmioty czy stłuczone szkło (miejscami wszystko to wyraźnie stylizowane) miały w sobie walor egzotyczny dla osób nie znających tego typu miejsc. Wszystkie te elementy pobudzały wyobraźnię oglądającego, przez co umieszczone w niej plakaty, jako finalne etapy podążania wskazaną trasą, okazywały się być czymś na kształt elementu wtrąconego.




Na dodatkową uwagę zasługuje jeszcze logo zaprojektowane przez Joannę dla grupy – odcisk dłoni na „brudnym”, szarym tle (flankowany z góry wyrazem „Performeria” i z dołu „Warszawy”). Motyw ten obecny jest na wszystkich pracach tego cyklu. Z jednej strony ta powtarzalność nawiązuje również zjawiska znanego z miasta – pojawianie się tych samych wzorów w różnych jego częściach. Przywoływać to może myśli o jakiejś nieznanej grupie ludzi, posiadających wspólne cele i te same narzędzia lub o jednym człowieku, który ma swoje bliżej nieokreślone powody. Sam fakt przecinania czyjejś trasy, spotykania się z taką powtarzalnością tworzy w odbiorcy nieuchwytne wrażenie, trudne do nazwania. Przynajmniej u niżej podpisanego powoduje szereg myśli – począwszy od przypomnienia, gdzie wcześniej dostrzegł ten element, po samo jego znaczenie, które nie od razu musi być oczywiste.
Można chyba doszukać się drugiego, bardziej pierwotnego sensu – ręka jako symbol kreacji, w tym przypadku ciągłego tworzenia, przekształcania się miasta pod wpływem ludzi. Jeśli z tej strony przyjrzeć się miastu i jego wytworom nie można nie odkryć rzeczy zasługujących na uwagę. Miejsca poślednie również mają swój pierwiastek piękna, nadprzeciętności lub nawet nadnaturalności. Tego typu świadomość towarzyszy nam od czasu Kafki, jak zresztą zauważył jego badacz Robert Calasso:



Nawet do najbardziej obskurnego kąta można się odnieść jak do metafizyki. A do wszelkiego rodzaju metafizyki można się odnieść jak do obskurnego kąta
.

Nie twierdzę, że w „małej”, nieoficjalnej twórczości miasta należy dopatrywać się ewidentnych pierwiastków metafizycznych lub boskich. Byłoby to pewnym nadużyciem. Mając jednak na uwadze, że kultura czy duch danego czasu objawiać się może na różne sposoby i właściwie we wszystkich warunkach tym przejawom należy się pewne zainteresowanie, a nie samo zbywanie takim słowem jak „wandalizm”.

Nie wiem, czy „Performeria Warszawy” jest to hołdem dla miasta, dla ulicy i tych, którzy w ten sposób ją kreują, ale z pewnością traktować ją można jako kolejny objaw docenienia tego zjawiska. I być może również jest ona sposobem na zainteresowanie nim innych.

*


W powyższych uwagach nie wyczerpuję wszystkich aspektów prac Joanny Koziej. A te, o których wspomniałem, czyli złożoność relacji z miejscem wystawienia czy przeniesienie „idei muru” na indywidualną pracę plastyczną, nie zostały przeze mnie rozwinięte w sposób wyczerpujący. Należy więc te słowa rozpatrywać raczej w formie impresji, której celem jest wyrażenie uznania za stworzenie tak wyrazistych i niejednoznacznych powiązań między różnymi aspektami wytworów kultury. Swoisty labirynt problematyczny, który tu się wyłania, jest wyzwaniem dla osób zaangażowanych i lepiej obeznanych ode mnie w problematyce miasta i jego różnych przejawach. Mam też wrażenie, że do mojego tekstu przeniknął poniekąd chaos „Performerii Warszawy”. W tym jednak przypadku jest on trochę mniej kontrolowany. Za co winę ponoszę tylko ja.


Paweł Orzeł